Praca zdalna w IT — część III — zaufanie

Jakiś czas temu wyprowadziłem się do miejsca, które trochę różni się obyczajami od zachodniego świata. W miejscu gdzie przebywam, kradzieże są tak rzadkie na tyle, że można uznać że nie istnieją.

Na skuterze na zdjęciu widać nasze zakupy, kupujemy dość dużo owoców na kilka dni, koszt takich zakupów, to jakaś ¼ typowego miesięcznego wynagrodzenia w tym regionie. Zostawiam wszystko na skuterze, to samo z kaskami. Mam tutaj znajomych którzy nie mają żadnych zamków w domu, a standardem jest, że jak te zamki są, to jest to jakaś kłódka na drzwiach, które można by otworzyć mocniejszym kopnięciem.

Jeżeli nie ma kradzieży, to nie ma zabezpieczeń. Jeżeli wszystko nie musi być zabezpieczone, to może być prostsze i bardziej skupione na działaniu. W ten pokręcony sposób dochodzimy do tego, co jest najważniejsze w pracy zdalnej. Jeżeli uznam, że ludzie których zatrudniłem, mogą być uczciwi i za pieniądze, które im płacę, mogą chcieć dla mnie pracować zamiast mnie oszukiwać, to mam już pierwszy krok do tego, żeby wszystko zaczęło działać tak jak powinno. Wiem, że może trochę przejaskrawiam, ale to dobrze pokazuje w czym jest sprawa. Z jednej strony chcę zatrudnić najlepszych specjalistów, gdzie w informatycznych projektach najlepszym raczej nie jest ten, kto najmocniej wbija gwoździe i ocena efektywności nie jest taka łatwa, a z drugiej strony gdzieś domyślnie nakłada się kontrolę i sposób zarządzania jak przy pracy z potencjalnymi złodziejami lub ludźmi, którzy nic nie rozumieją. Jeżeli jednak krok po kroku, budując zespół i realizując zadania w projekcie damy szansę na podejmowanie decyzji przez członków zespołu, to, co zaskakujące (na szczęście tylko dla niektórych), może się okazać, człowiek, którego zatrudniłem za duże pieniądze, żeby dla mnie pracował, faktycznie to robi i to robi to bardzo dobrze.

Niestety bez zaufania nie ma zdalnej pracy, są firmy które starają się w jakiś siłowy sposób kontrolować ludzi przy pracy zdalnej. Co dokładnie robią na komputerze i ile czasu przed nim spędzają. Same dane z takiego monitoringu mogą być bardzo przydatne, jeżeli chodzi o efektywność pracy i własny rozwój, ale jeżeli chodzi o kontrolę niestety moje zdanie jest takie, że wymyślają to ludzie, którzy są albo kiepskimi informatykami, albo są bardzo zarozumiali, najpewniej jedno i drugie. Jeżeli ktoś sam programował, to wie że nie ma problemu nie do rozwiązania i algorytmu nie do złamania, a im bardziej jest on skomplikowany tym bardziej zachęcający. Więc utrudniając ludziom pracę, przy czym oni cały czas widzą, że mogliby pracować efektywniej, a spowolnianie jest spowodowane tylko kontrolą, a realnie brakiem zaufania, tylko motywuje ich do bardziej wytężonej pracy nad złamaniem zabezpieczeń i pracy w taki sposób, w jaki sami uważają za najbardziej skuteczny.

To jest praktyka zarządcza, ale z mojej perspektywy mogę uznać, że też wywodzi się z programowania. Już dość dawno temu w rozwoju inżynierii oprogramowania zauważono, że nie jest ważne, jakich narzędzi używasz do tworzenia kodu, ani też jak dokładnie go piszesz. Ważne jest to, że każdy inny członek zespołu uruchamia go takimi samymi poleceniami i cały kod podlega tym samym normom i przechodzi taką samą kontrolę jakości. Ta koncepcja nadal się rozwija, teraz już można uznać, że nieważne, w jakiej technologii powstaje rozwiązanie, ważne, żeby jego sposób uruchamiania był wystandaryzowany. Ta koncepcja jest jednym z fundamentów naszej platformy DevOpsBox.

Wiele razy w przeszłości ludzie pytali mnie, czy w moich projektach pozwalam na praktyki typu TDD, albo Pair Programming, obie w niektórych środowiskach nawet do tej pory są kontrowersyjne. Moja odpowiedź, jest zawsze taka sama. Nie wiem. Nie interesuje mnie to i uważam, że nie powinno. Powstający kod ma spełniać wymagania które wspólnie z zespołem ustaliliśmy na początku projektu. To, czy programiści pisali go w parze, czy ktoś użył techniki TDD, pisał nago, czy uciekając przed niedźwiedziem, to nie moja sprawa. Jeżeli tworzenie nie trwało jakoś ponadprzeciętnie długo i efekt był taki, jak wszyscy oczekiwali, jestem tam gdzie powinienem być. Co do samego pair programming, to sam kiedyś nie wierzyłem że to może mieć podobną efektywność lub nawet lepszą od standardowej techniki, ale sprawdziłem, zmierzyłem i uwierzyłem. Jak ktoś chce używać, to droga wolna. Pisanie jakichś dużych algorytmów w ten sposób ma naprawdę sensowne efekty.

Potrzeba kontaktu

Do tego momentu pisałem jak komputer, mierząc wszystko i starając się wyciągać logiczne wnioski. W pracy zdalnej jest też coś bardziej enigmatycznego, można to nazwać „kontakty międzyludzkie”. Na początku tego nie zauważałem, ale z czasem jakoś samo zaczęło się nam przekradać i jest czymś, czego człowiek zwyczajnie potrzebuje. Softwaremill ma praktykę, że każdego dnia poświęcają określoną ilość czasu na rozmowy o niczym. Nie o projektach, a na takich sobie pogawędkach. Z tego co pamiętam to jest jakieś 30 minut. Czy to jest nieefektywne? Według mnie nie. Jakbym pracował w korporacji, to kursy na papierosa na zewnątrz z kumplami, na kawę, na obiad pewnie zajęłyby spokojnie sporo więcej. U nas mamy tak, że daily lubi czasem się przedłużyć, albo rozmowa na slacku rozwlec i być zupełnie nie w temacie pracy. Nie ma to regularności, czasami daily ma 12–15 minut przez kilka dni, a później zajmie godzinę. Ludzie potrzebują ze sobą rozmawiać, tacy już jesteśmy.

Jak ktoś jest uparty to może to uznać za koszt, chodzenie do łazienki to też taki koszt, nawet mruganie oczami. Można iść z tym w nieskończoność, tyle że mamy do czynienia z pracą kreatywną, czasami w ciągu 5 minut można wpaść na coś, co równie dobrze może trwać 2 dni, a w innym przypadku pracując w skupieniu można w 3–4 godziny ciągiem zrobić tyle co w 2 dni na open space w korporacji. Raz miałem przyjemność być odpowiedzialny za produkcję w projekcie, gdzie wszystko musiałem bardzo detalicznie mierzyć, dużo mnie to nauczyło i też pokazało, że ciągłe zbieranie takich informacji i tak nie prowadzi do wzrostu efektywności. Coś, co musiałem potwierdzić, to demistyfikacja kosztowności niektórych praktyk i to osiągnąłem. Niestety z innych przypadków wiem, że takie nieumiejętne próby zbierania informacji, mogą prowadzić znów do sytuacji, gdzie zespół czuje się tak kontrolowany, że przestaje utożsamiać się z projektem, a zamiast tego czuje się jak trybik na taśmie produkcyjnej.

Kto się do tego nie nadaje ?

To już można wywnioskować z poprzednich części. Nadaje się ten kto: lubi swoją pracę, angażuje się w to, co robi, czuje się współodpowiedzialny za to, co produkuje zespół, nie lubi siedzieć bezczynnie i sam się upomina o zadania, jeżeli by takich nie dostawał. Jest też kilka mniej oczywistych czynników, które mogą wpłynąć na to, że osoba nie sprawdzi się. Pierwszy z tych czynników, to brak miejsca do pracy lub brak umiejętności skupienia się w trudnych warunkach. Każdy inaczej pracuje w warunkach, gdzie jest dużo bodźców zewnętrznych. Czasami to biegające dzieci, czasami to brak umiejętności przestania przeglądania stron internetowych, czasami jakiś inny hałas. Będąc na studiach sporo ćwiczyłem na gitarze, czasami 3–4 godziny dziennie, a że mieszkałem w akademiku to nie było na to miejsca, więc siedziałem w pokoju lub na korytarzu. Wystarczyła mi gitara elektryczna, zupełnie do niczego nie podłączona i metronom. Ludzie chodzili, rozmawiali, czasami imprezowali. Da się ćwiczyć w każdych warunkach, tak jak medytować, wystarczy odpowiednio się skupić. Niestety każdy ma na to swój sposób i niektórzy potrzebują super warunków. Szczęśliwie, wynaleziono słuchawki tłumiące odgłosy zewnętrzne i to mocno pomaga.

Kolejny z tych czynników, to brak dystansu do pracy. Niestety ja to mam od zawsze, większość czasu lubię tą cechę, czasami jest ona niestety zabijająca. U mnie objawia się to tak, że cały czas sprawdzam jakieś koncepcje efektywnego wykorzystania czasu, a traktuję sam siebie jak najgorszy pracodawca. Z drugiej strony, chcę mieć poczucie wolności i korzystam z tego, żeby nie pracować 8 godzin ciągiem. Uważam, że to nieefektywne. W kraju w którym teraz jestem, domyślnie pracuje się 6 dni w tygodniu jednak raczej mniej niż 8 godzin. Jak to możliwe, że ludzie tak pracują, kiedy na świecie co raz więcej mówi się o nawet ograniczeniu liczby dni do mniej niż 5. Według mnie odpowiedź jest dość prosta. Pracują z mniejszym natężeniem, pewnie też z trochę mniejszą efektywnością, muszą trochę lubić to, co robią wykonując jakieś zadania dające efekty, nie dopuszczają do siebie stresu. Jak to porównać z 10 spotkaniami korporacji, 5 kawami dziennie i gaszeniem pożarów w garniturze, to z miejsca widać różnicę. Realnie chyba nie znam nikogo, kto by się nadawał do takiej pracy, na wszystkich to w długiej perspektywie wpływa negatywnie. Jeżeli nie spadek efektywności, to zdrowie, coś zawsze nie wytrzymuje.

Ja pracuję w porywach do 7 dni w tygodniu, ale liczba godzin jest mocno zmienna. Takie podejście daje mi tyle, że o ile nie mam czegoś mocno terminowego, to w dowolnym dniu tygodnia mogę stwierdzić że dziś nie pracuję. I tak jeżeli podzielimy 40 na 7, to wyjdzie nam 5:42 dziennie, co już nie jest takie duże jeżeli by uznać że pracujemy tylko 40 godzin. Jeżeli trzeba więcej pracować, to łatwo w jakichś dwóch dniach w tygodniu popracować 11–12 godzin i później znów zejść do wartości podstawowej. Niestety zbyt duże rozdrobnienie pracy, może mieć bardzo negatywne efekty. Pierwszy to problemy ze skupieniem się i marna efektywność. Realnie człowiek ma poczucie, że cały czas jest w pracy a wyników brak. Inny efekt może być taki, że można się tak wkręcić, że człowiek zupełnie przestanie wstawać od biurka. Każdy kto przeżył kilka szybkich zakończeń projektów, wie że duża liczba nadgodzin też w efekcie prowadzi do spadku wydajności, a jak dodać do tego duży stres, to w dłuższej perspektywie nawet do utraty zdrowia. Trzeba się po prostu monitorować i rozumieć bardziej długofalowe konsekwencje przepracowania. Niestety z wiekiem organizm przestaje się regenerować tak szybko jak w wieku 20 lat. Moje rozwiązanie na to jest proste, więcej pracujesz => więcej sportu uprawiasz, zdrowiej żyjesz. Efekty takiego podejścia mogą zaskoczyć, każdego. Mnie zaskoczyły tym, że teraz budząc się bez zegarka śpię jakieś 5 godzin dziennie. To jednak temat, o którym można pisać godzinami, a nie taki jest cel tego artykułu.

Podsumowanie

Czy praca zdalna może być efektywna, a nawet efektywniejsza niż praca lokalna? Tak, ale nie każdy się do niej nadaje. Jeżeli jednym zdaniem miałbym określić,kto się nadaje, napisałbym, że ten, kto lubi swoją pracę i to, co robi, jest jego pasją. Oczywiście profesjonalni rzemieślnicy też mogą być dobrzy i są potrzebni w takich projektach. Często ich doświadczenie i wiedza jest dobrą kontrą dla wizjonerów, a połączenie daje rewelacyjny efekt. Nie wyobrażam sobie jednak startu totalnego juniora w takim zespole. Przyznaję, że jeszcze nie próbowałem. Start osoby z zerowym doświadczeniem, wydaje mi się dość kosztowny, w jakiejś perspektywie spróbuję to zweryfikować.

Od zawsze interesował mnie taki model, a teraz po powrocie do tego podejścia widzę jeszcze większe korzyści. Zmieniła się też jakość narzędzi ułatwiających komunikację. Dziś widzę też jeszcze jeden efekt. Korona wirus zmusił ludzi do zmiany sposobu pracy, nas trochę zszokował i spowodował, że nasze rodziny są z nami w domach, ale poza tym pracujemy normalnie. Nic się nie zmieniło. Tak jak bezstanowa rozproszona aplikacja, jesteśmy odporni na takie sytuacje.

Na czym skupiam się teraz w mojej pracy. Tworząc firmę, domyślnie wymusiłem model zdalny. Mieszkając w Warszawie, na początku zatrudniłem osoby z dowolnych innych miast tylko nie z Warszawy. Aktualnie mam 3 osoby z zachodniej części polski, jedną z południa, jedną z północy i dwie z Warszawy. To się dynamicznie zmienia. Ja już nie mieszkam w Warszawie tylko bardziej w okolicach Indonezji, moi współpracownicy są głównie w Polsce, ale zdarzało się też, że byli przez dłuższy czas w Tajlandii lub Hiszpanii. Klientów mamy w USA i na północy Polski. Trudno by się było spotkać. Praca w 3 strefach czasowych, ma swoje duże plusy, które jeszcze lepiej pozwalają mi optymalizować własny czas. Jakiś czas temu podjąłem nieudaną próbę znalezienia pracowników w Azji, teraz powoli przymierzam się do kolejnej. Jestem przekonany że część świata w której przebywam czeka wielki rozwój i chcę być jego częścią. Wszystko to tematy o których można by jeszcze dużo pisać, ale może już w innym artykule.

Jeżeli ktoś z Was ma odmienne zdanie na temat któreś z przedstawionych zagadnień lub chciałby zwyczajnie porozmawiać o szczegółach któregoś z moich doświadczeń lub pomysłów, zapraszam do kontaktu. Jak zwykle spodziewam się, że jestem gdzieś w trakcie swojej nauki i takie rozmowy na pewno mogą być dla każdego dobre. Z drugiej strony jeżeli moja wiedza może komuś pomóc, to tym chętniej się nią podzielę.

Jeżeli ktoś jakimś dziwnym trafem poczułby się urażony czymś co tu napisałem, to nie taki był mój zamiar. Nie ma się co oszukiwać, że mistrzem pisania nie jestem, przed publikacją dałem ten tekst do przeczytania dla kilku osób, ale zawsze jednak jakieś ryzyko jest. Jeżeli ktoś jednak znalazł by tutaj coś negatywnego to będę wdzięczny za kontakt ze mną.

CTO, Co-Founder & CEO

Love podcasts or audiobooks? Learn on the go with our new app.

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store
Cezary Olborski

Cezary Olborski

CTO, Co-Founder & CEO

More from Medium

The Beautiful Leaf

We Keep Moving.

The Almost $1,000 Baseball